22 października 2008

pranie

Dzisiaj wyjdę  na balkon i porozwieszam swoje smutki na sznurku.
Porozwieszam je jak pranie, bo zupełnie zmokły od łez.
Zatrzasnę na nich klamerki, żeby nie spłynęły i nie uciekły.
Jeśli wyschną, to nie będą mi już zaprzątać głowy.
Wysuszę je więc, poskładam równo w kostkę i schowam na dno szafy.
Rozciągam sznurek. Wyciągam z miski każdy smutek po kolei
i ściskam go klamerką. Kiedy miska jest już pusta,
wchodzę do mieszkania i zamykam  za sobą drzwi.
Idę po schodach do swojego pokoju, siadam na łóżku
i bujam się jak wahadło. Patrzę w sufit. Wkurzam się,
że zasłania mi niebo. Uderzam nerwowo palcami w kolana. 
Wybijam jakiś nieskomplikowany rytm, ciągle go gubię. 
Nie wiem jak długo tak siedziałam bezmyślnie.
Wstałam nagle i szybkim krokiem zeszłam na dół.
Otworzyłam balkonowe drzwi, spojrzałam na suszarkę.
Smutki zniknęły.  
Kiedy tak siedziałam bezczynnie, zaczął padać deszcz.
Nieświadoma, wybijałam jego rytm palcami.
To on oszukał moje smutki i kazał im płakać ze sobą.
Nie odróżnię już na kafelkach łez od kropli deszczu.
Zgubiłam moje smutki.
Wrócą w najmniej oczekiwanym momencie.
Zawsze tak jest, a ja nadal nie mogę się nauczyć,
że nawet jednej łzy, nie da się zatrzymać klamerką.

Brak komentarzy: