15 października 2008

monotonia

Nie lubił poranków. Nie lubił budzić się w na pozór białej, przepoconej od nocnych
wysiłków pościeli, ale nade wszystko, nie lubił patrzeć na nią.
Miała bladą cerę i podpuchnięte oczy. Z rozmazanym makijażem,
potarganymi włosami nie wyglądała zbyt zachęcająco.
Od czasu do czasu, z trudem unosiła sklejona powiekę, by zobaczyć,
czy już się obudził. Wtedy prędko odwracał policzek w stronę okna
i trzepotał szybko rzęsami, jak kobieta przyłapana na kłamstwie.
Patrzył na nią ze wstrętem. Co ranek, powtarzał sobie,
że już nigdy więcej się nie zobaczą, ale co noc do niej wracał.
Ta chora monotonia wdarła się do jego życia i właściwie,
nie przeszkadzałaby mu, gdyby nie to poranne obrzydzenie.
Przecież czerpał z tego same korzyści. Przychodził pod wieczór,
zmęczony po pracy i relaksował się w objęciach jej nagich ud i ramion.
Nad ranem pokój napełniał się zapachem świeżo parzonej kawy,
a kiedy wreszcie, walcząc z samym sobą, wstał z łóżka,
uśmiechem zapraszała go do nakrytego stołu. Nigdy nie było na nim zbyt wiele.
Dzisiaj, z roztargnienia, wziął bardzo duży łyk kawy,
poparzył sobie język i podniebienie. Kiedy kawa ostygła w jego ustach
i przełknął ją, coś go zafrapowało. Nagle, odkrył sekret ich dziwnej znajomości.
Dotarło do niego, dlaczego wciąż do niej wraca, ciągle wchodzi do jej łóżka,
ciągle się z nią kocha namiętnie, ciągle siada przy jej stole, je śniadanie i pije kawę..
To proste, robiła najlepszą kawę, jakiej miał okazję w życiu spróbować.  

Brak komentarzy: