24 października 2008

znów o jesieni

Jesień to pora zadumy. Ciekawe, że miarowe stukanie kropli o blaszaną rynnę,
ulice uśpione mgłą, blado oświetlone mętnym światłem latarni,
szybka i zimna ciemność, chwilowa śmierć natury,
mogą i zawsze wprowadzają nas w taki stan. Niewielu jest tych,
którzy lubią tę porę roku, a jednak każdy popada wtedy w jakąś chandrę,
jesienną depresję, albo inny, rzekomo pejoratywny psychostan.
Ale skoro wszyscy płyniemy tym samym nurtem,
to chyba jednak mamy w sercu jakiś element wszechobecnego
marazmu i stagnacji. Kiedy Twoje okna znowu spływają niebem,
naturalne, że nie chce Ci się nigdzie wychodzić. Zostajesz więc w domu,
być może siadasz w miękkim fotelu, z lampką czerwonego wina w dłoni,
patrzysz naprzemiennie w załzawione okna i myślisz.
I jeśli nagle podejdzie do Ciebie Twój pies, lekko oprze swoją głowę
na Twoim ramieniu i przypadkowo wytrąci Ci kieliszek z ręki, 
to nie wyrwie Cię to z odrętwienia. Być może pogłaszczesz go tylko po głowie,
spojrzysz w kochające oczy, uśmiechniesz się, a on,
bezszelestnym merdnięciem ogona-odwzajemni uśmiech.
Ciche porozumienie, że wszystko jest w porządku. 
Budzi się w Tobie jesień. Po prostu.

Brak komentarzy: