Obudziłam się rano. Lunatycznie usiadłam na łóżku
i wsunęłam stopy do miękkich kapci.
To wszystko, resztę zrobiłeś Ty.
Najpierw narzuciłeś mi na ramiona sweter utkany ze smutku.
Staranie pozapinałeś każdy guzik.
Później, powoli i starannie włożyłeś mi na głowę czapkę pełną wątpliwości.
Owinąłeś szyję gryzącym szalem wyrzutów sumienia.
Wreszcie założyłeś mi buty, które nie wiedziały gdzie iść.
Nie wytrzymałam, kiedy kazałeś mi wyjść z domu i zamknąłeś drzwi.
Stanęłam na werandzie. Swoim zwyczajem wsunęłam dłonie do kieszeni swetra.
Pod opuszkami prawej dłoni, poczułam zwitek papieru.
Rozwinęłam go. Był pusty, po prostu biały i pachniał końcem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz