24 października 2008

spotkanie przy ławce

Ubiorę się w promienie porannego słońca.
Na głowę założę koronę drzewa i będę królową.
Na uszach pozawieszam sosnowe szyszki.
Chcę dzisiaj wirować w górze razem z liśćmi, które unosi wiatr.
Stanę więc na ławce, zamknę oczy, rozłożę ramiona i poczekam.
Poczekam, aż jakiś podmuch uniesie mnie nad ławkę i posadzi chociaż na latarni. 
Spojrzę wtedy w górę i uśmiechnę się, że jestem bliżej nieba.
Więc stoję na ławce i czekam. To nic, że mijają mnie pokpiewające głosy.
Czekam.
A jeśli nie wiatr, to może chociaż Ty mnie stąd zabierzesz?
Czekam.
Zaszło słońce. Jest jeszcze zimniej.
Korona spadła z łoskotem i rozbiła się bolesnym hałasem na mnóstwo kawałków.
Wiatr jakoś ustał nie martwiąc się o mnie, a każdy liść leniwie usnął pod drzewem.
Czekam jeszcze chwilę.
Otwieram oczy i patrzę w prawo.
Patrzę w lewo i widzę Ciebie.
Odchodzisz ze spuszczoną głową i już wiem, co myślisz.
Znowu się wygłupiam.

Nigdy nie miałeś w sobie nic z dziecka.
Może miałeś, ale nie umiałeś się tym cieszyć.
Zeskakuję z ławki i idę w prawo, kopiąc szyszki mokrym butem.

Brak komentarzy: