Lubię, kiedy noc otwiera swój czarny parasol nad miastem,
kiedy wysypuje z fartucha morze gwiazd.
I ta cisza, ta przeogromna cisza, która wdziera się do mózgu
i koi zmysły. Tylko nocą lubię ciszę. Często patrzę w niebo,
patrzę i myślę i uśmiecham się, tak w środku, a chwilę później
ten uśmiech wylewa się z wnętrza i zakwita na ustach.
Stoję w milczeniu, kontempluję ciszę i powoli odpalam papierosa.
Nad ranem, noc na powrót chowa wszystkie gwiazdy do fartuszka,
zamyka parasol, opiera go o ramię, po czym rozmywa się bezszelestnie
siwą mgłą, tak, by nikt jej nie zauważył. Idąc wolnym krokiem,
nuci jakąś prostą melodię. Przystaje na chwilę, zapala papierosa,
spogląda w górę i uśmiecha się, po czym idzie dalej. Już nie nuci,
tylko dyskretnie wsłuchuje się w ciszę i co jakiś czas patrzy w niebo.
Wie, że dzisiaj też tu będzie.
Ja też.
1 komentarz:
Faktycznie nocna cisza jest jej jedyną formą którą tolerują.
Bardzo obrazowo, świetnie napisane :)
Prześlij komentarz